Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekspresowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekspresowe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lipca 2016

Micha makronu soba z bobem i sosem z tahini (ekspresowa!)

Różne zawirowania sprawiły, że ani Magda, ani ja nie gotowałyśmy ostatnio zbyt dużo (czytaj: prawie wcale). Ja wyjątek zrobiłam dla bobu, bo go uwielbiam. 


Nie wiem, czy tylko mi się wydaje, czy w tym roku bobu jest nieprzeciętnie dużo, grunt że nadszedł w końcu dzień, w którym stwierdziłam, że zamiast zjeść bób zaraz po ugotowaniu, prosto z garnka, może lepiej dodać go do makaronu i wzmocnić jakimś szybkim sosem. W ten sposób powstała micha makaronu soba :)


Bardzo lubię makaron soba, trochę za krótki czas gotowania, a trochę za gryczany, lekko orzechowy smak. Połączyłam go z bobem, polałam tahini i sosem sojowym, więc jak dla mnie zestaw był już pyszny. Po namyśle dodałam też pokrojonego drobno ogórka i rzodkiewkę, żeby trochę ożywić tę michę.


Sos miał być ekspresowy i podobny do tego tu. Podawanie przepisu, w którym występuje suszony czosnek może się wydawać pogrzeszeństwem, nie będę wytykać palcami ludzi, którzy są wstanie zmotywować się do przeciśnięcia przez praskę świeżego czosnku. Powiem tylko takim purystom, że wtedy sos trzeba będzie krótko zblendować, bo inaczej drobinki czosnku będą latać w sosie i robić za grudki. Także jak tam stryjenka uważa ;)



Micha makronu soba z bobem i sosem z tahini

Składniki (na jedną konkretną porcję):

  • 1 szkl. ugotowanych i obłuskanych nasion bobu
  • 1 porcja makaronu soba
  • 1 drobno posiekany ogórek zielony (taki jak do przetworów, nie szklarniowy)
  • 2-3 drobno posiekane rzodkiewki


Sos:

  • 1 łyżka tahini
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • szczypta suszonego czosnku (lub 1/2 ząbka czosnku, przeciśniętego przez praskę)
  • 1-2 łyżki wody



  • posiekany szczypiorek do posypania
  • sezam do posypania


Przygotowanie:

  1. Bób gotujemy do miękkości, przelewamy zimną wodą, odsączamy i pozbawiamy łupinek.
  2. Makaron soba gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Odsączamy i ew, przelewamy zimną wodą.
  3. Ogórki i rzodkiewki drobno siekamy.


Sos:

  1. Wszystkie składniki dokładnie mieszamy, aż powstanie gładki sos.
  2. Gotowym sosem polewamy ugotowany makaron, bób, posiekane ogórki i rzodkiewki. Przed samym podaniem można by jeszcze posypać michę posiekanym szczypiorkiem lub sezamem  (ja akurat niestety nie miałam pod ręką).


Smacznego!
Anka

sobota, 9 kwietnia 2016

Micha musu z mango na śniadanie (wegańska!)

Muszę coś wyznać. Przez ostatni rok nie miałam blendera. Tak, mam na imię Anka, jestem weganką i przez ostatni rok nie miałam blendera. Jak to? Jak to przeżyłam? Przecież weganie żywią się jedynie zielonymi koktajlami na bazie jarmużu, prawda? ;)


Cała sprawa zaczęła się niepozornie. Przeprowadziłam się do Warszawy (z Krakowa, gdzie urzędowałyśmy z Magdą w jednym mieszkaniu, a przede wszystkim w jednej kuchni) i ciągle miałam z tyłu głowy, że przecież BLENDER, bo jak ja będę funkcjonować. Tylko że jakoś tak się złożyło, że nie zainteresowałam się tematem przez cały miniony rok i dopiero niedawno dostałam blender w prezencie od wielkanocnego Zajączka.


Najśmieszniejsze jest to, że o ile wcześniej, kiedy jeszcze miałam blender do dyspozycji na co dzień, używałam go w zasadzie bez przerwy. Owocowy koktajl na śniadanie, zupa krem zapakowana w słoik do pracy, pasta z soczewicy na kolację, no a w roli popołudniowej przegryzki baton musli, do którego blender zmiksował posłusznie i płatki owsiane, i daktyle. A teraz? Na razie mój piękny nowy blender leży głównie w szufladzie, bo ja odzwyczaiłam się go używać. Ironia losu :)


Żeby jakoś na nowo docenić zalety blendera i tego, co można z jego pomocą wyczarować, pomyślałam o misce pełnej owocowej dobroci, którą z chęcią zje się na wiosenne śniadanie. Zwłaszcza, że temperatury za oknem są naprawdę zachęcające, więc można nie mieć siły na michę ciepłej owsianki (chociaż z drugiej strony, taka owsianka hmmm... ;) ).


Zmiksowałam do tej michy mango, banana i mleko kokosowe, a żeby dopełnić tropikalnych klimatów, udekorowałam ją grubymi wiórkami kokosowymi. No i nasionami chia, żeby było bardziej krzepiąco. Pycha!

Micha musu z mango na śniadanie

Składniki:

  • mango (1/2 pokrojona na kawałki i odłożona do dekoracji)
  • 3/4 szkl. mleka kokosowego
  • 1 banan
  • 2 łyżki grubo krojonych płatków kokosowych
  • 1/2-1 łyżka nasion chia

Wykonanie:

  1. Przy pomocy blendera miksujemy 1/2 mango z mlekiem kokosowym. Dodajemy pokrojonego w grube plastry banana.
  2. Mus przekładamy do miski, dekorujemy płatkami kokosowymi, pokrojonym mango i nasionami chia.
  3. Przed zjedzeniem najlepiej wymieszać wszystko łyżką, żeby nasiona chia choć trochę namokły. 
Smacznego!
Anka

wtorek, 5 kwietnia 2016

Sushi z makaronem soba (wegańskie!)

Każdy, kto skończył filologię przyzna, że spędzenie pięciu lat na ślęczeniu nad podręcznikami do gramatyki czy powtarzaniu słów, fraz i całych tekstów na zajęcia z fonetyki zmienia człowieka. Wprawdzie ja skończyłam anglistykę już ekhm kilka lat temu, ale nie straciłam wyrobionego w trakcie studiów nawyku do ciągłego słuchania i czytania tego, co sama powiedziałam czy napisałam. 


Założenie jest takie, że nieustanne kontrolowanie co i jak się mówi czy pisze, pomaga w uczeniu się języka obcego. Do pewnego stopnia to prawda, ale nadmierne zwracanie uwagi na szczegóły może też prowadzić do sytuacji, w której zamiast po prostu coś powiedzieć, jedyne, na czym możesz się skupić, to błędy, które po drodze popełniasz. Dlatego zawsze się cieszę, kiedy widzę, że ktoś po prostu używa języka obcego do komunikacji, nie przejmując się tym, ile przy tym popełni błędów gramatycznych, składniowych i frazeologicznych. 


Popełnianie błędów przy przygotowywaniu potraw to oddzielny temat. Solidną ilość godzin spędziłam na sprawdzaniu, czy do takiego ciasta można dodać tego, a czy do tamtej zupy można dodać tamto. Nauczyłam się już, że czasem właśnie złamanie zasad daje lepsze efekty niż kurczowe trzymanie się tradycyjnych receptur.


I tak siedziałam sobie w Wielką Sobotę, rozważając czy chce mi się rolować sushi czy nie (miałam już ugotowany gar ryżu i przygotowane dodatki, więc teoretycznie nie było za dużo do roboty), kiedy olśniło mnie, że przecież uwielbiam makaron soba i czy jakby go zawinąć z kolorowymi dodatkami w algi, to czy nie byłby to pyszny obiad.


Najpierw sama się zgasiłam, bo przecie to takie niezgodne z tradycyjnymi rolkami! Ale potem poszłam i zapytałam internety, czy wiedzą coś na ten temat. Okazało się, że internety wiedzą i w ten sposób trafiłam na blog food-in-japan.com, który napisany jest właśnie niedoskonałym angielskim, który i tak można bez problemu zrozumieć. Czyli wniosek taki, że jak się chce przekazać jakiś komunikat, to zawsze się da. Albo jeśli chce się przekazać przepis na talerz pysznych rolek - to też można :)

Sushi z makaronem soba
na 2 porcje

Składniki:

  • 100-150 g makaronu soba
  • ok. 1/2 upieczonego lub ugotowanego słodkiego ziemniaka
  • ok. 100 g tofu, pokrojonego w kostkę i podsmażonego na 1-2 łyżkach oleju
  • ok. 1/2 ogórka, umytego i pokrojonego w słupki
  • 4 arkusze nori



  • mata do zwijania (ja użyłam takiej silikonowej, do wałkowania, bo nie mam takiej do zwijania sushi)
  • sos sojowy, wasabi, imbir marynowany, podprażony sezam do podania


Wykonanie:

  1. Gotujemy makaron soba wg instrukcji na opakowaniu. Odcedzamy i przelewamy zimną wodą.
  2. Gotujemy lub pieczemy słodkiego ziemniaka (do miękkości). Gotowego ziemniaka przelewamy zimną wodą i kroimy w słupki.
  3. Tofu kroimy w kostkę i podsmażamy na patelni na 1-2 łyżkach oleju. Smażymy tofu przez ok. 5-7 min z obu stron.
  4. Ogórka myjemy i kroimy w słupki.
  5. Na arkuszu nori układamy makaron soba. Na makaronie układamy w paskach resztę składników i zwijamy w miarę ciasne rolki. Z podanych proporcji wyszły mi 4 rolki, czyli 2 porcje sushi (24 kawałki sushi - każdą rolkę pokroiłam na 6).
  6. Podajemy z sosem sojowym i innymi dodatkami wg uznania :)
  7. Smacznego!

Anka

środa, 13 stycznia 2016

Noworoczne postanowienia w pudełku, czyli 7 sałatek do zabrania do pracy/szkoły/na przyprawę do bieguna

Jak tam postanowienia noworoczne? Już wzięły w łeb czy jeszcze dzielnie się ich trzymacie? Ja jestem z postanowieniami noworocznymi trochę na bakier, bo nigdy nie czuję, że rok się kończy właśnie 31 grudnia. Zawsze mi się wydaje, że rok kończy się w okolicy Bożego Narodzenia, a ten dodatkowy tydzień to tak trochę ni przypiął ni przyłatał.


Doceniam jednak masowo opanowujące populację dążenie do samodoskonalenia. Będę chodzić na fitness 8 razy w tygodniu! Nie będę jeść słodyczy, już nigdy przenigdy! Nie będę już wydawać tyle pieniędzy na kosmetyki! I tak dalej :)

Nie lubię postanowień noworocznych, bo moja skłonność do perfekcjonizmu nie może znieść faktu, że niestety moje postanowienia najprawdopodobniej nie przetrwałyby nawet miesiąca. Więc po co w ogóle próbować? Niezbyt to mądra logika, ale mniej więcej taki ciąg myślowy przebiega w mojej głowie kiedy słyszę hasło "postanowienia noworoczne".

Głęboko wierzę jednak w planowanie. Ale takie krótkoterminowe, nie że w ciągu roku wejdę na Mount Everest (bez specjalnego trenowania wcześniej), pojadę do Japonii zobaczyć makaki, a tak w czasie wolnym nauczę się chińskiego, sama, a co. Moje planowanie nie wybiega zwykle dalej niż tydzień do przodu. I co można tak zaplanować z tygodniowym wyprzedzeniem? Ano na przykład obiady na cały tydzień. Że brzmi przerażająco? Że po co planować obiady, przecież JAKOŚ się to ogarnie w tygodniu, z dnia na dzień, prawda? 

Moje doświadczenie z ogarnianiem obiadów na bieżąco w tygodniu zwykle oznacza, że będę w danym tygodniu jadła kupny hummus ze zdybanymi w osiedlowym mini sklepie warzywami (poniedziałek - wtorek), potem złapię jakąś gotową zupę i zjem ją na kolejne dwa obiady (tu mamy środę i czwartek), po czym w piątek skapituluję i wyciągnę jakiś makaron, który wystąpi w roli pasta all' aglio e olio lub też olio e pepperoncino. Potem w sobotę z radością odkryję na nowo, że domowy obiad to jednak pycha i to mnie zmotywuje do tego, żeby przysiąść, zrobić listę zakupów z konkretnymi daniami na konkretny dzień, obkupić się w te sprawunki, a kawałek niedzieli (większy lub mniejszy) spędzić na gotowaniu. 


A może by tak zrobić sałatki na cały tydzień? Takie sycące sałatki, nie że szpinak, pomidor i już. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam sałatki w słoikach, pomyślałam, że ładnie toto wygląda, ale że tak przygotowane sałatki nie przetrzymają kilku dni w lodówce. Mocno się zdziwiłam, kiedy się okazało, że 4-5 dni zapakowane sałatki wytrzymują bez problemu. Nie można tylko dodawać żadnych ciężkawych sosów, świeżej cebuli czy czosnku. No i ja jeszcze dodaję listki sałaty/szpinaku/jarmużu już na talerzu, nie pakuję zieleniny na wierzch pudła. Więc na przykład w poniedziałek razem z pudełkiem z sałatką niosę do pracowej lodówki paczkę zieleniny, którą potem sukcesywnie chrupię w kolejne dni tygodnia.

To jak, sałatki do pudełek? :)

Przepisy na te 7 sałatek  powstały pewnego popołudnia, które spędziłam na oglądaniu przepisów na sałatki na giallozafferano.it i makemoreofsalad.com, ale zweganizowałam je już sama :)

Poniedziałek


Dla fanów awokado i czarnych oliwek

  • kostki tofu (ok. 100 g)
  • ugotowany makaron razowy (ok. 3/4 szkl. suchego makaronu)
  • awokado (1/2 awokado, posiekanego w drobną kosteczkę)
  • pomidor (1/2 dużego, posiekana w kostkę i pozbawiona pesteczek ze środka)
  • czarne oliwki (ok. 2-4 łyżek pokrojonych w ćwiartki oliwek)
  • sok z cytryny (1 łyżka)
  • oliwa z oliwek (1 łyżka)
  • sałata/szpinak/jarmuż do podania

Wtorek


 Z gruszkowym wsparciem

  • soczewica (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej soczewicy)
  • kasza jęczmienna/jaglana (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej kaszy)
  • gruszka (1/2 gruszki, obranej ze skórki i posiekanej w kostkę)
  • orzechy laskowe/włoskie (ok. 2-4 łyżek posiekanych i podprażonych na patelni orzechów)
  • sok z cytryny (1 łyżka) lub ocet balsamiczny (ok. 1 łyżeczki)
  • oliwa z oliwek (1 łyżka)
  • sałata/szpinak/jarmuż do podania

Środa


Z pomarańczami w nowym wydaniu

  • ciecierzyca  (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej ciecierzycy)
  • makaron pełnoziarnisty (ok. 3/4 szkl. suchego makaronu)
  • awokado (1/2 awokado posiekana w drobną kosteczkę)
  • pomarańcza (1/2 wyfiletowanej pomarańczy)
  • sok z cytryny lub pomarańczy (1 łyżka)
  • oliwa z oliwek (1 łyżka)
  • pieprz czarny do smaku
  • sałata/szpinak/jarmuż do podania

Czwartek


Z pachnącymi ziołami

  • ciecierzyca (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej ciecierzycy)
  • kasza jaglana/kuskus (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej kaszy)
  • pomidor (1/2 dużego, posiekana w kostkę i pozbawiona pesteczek ze środka)
  • podsmażone plasterki cukinii (ok. 1/2 cukinii posiekanej w plasterki i podsmażonej krótko na patelni)
  • pietruszka świeża (1 łyżka posiekanej)
  • opcjonalnie: mięta świeża (1 łyżka posiekanej)
  • sok z cytryny (1 łyżka)
  • oliwa z oliwek (1 łyżka)
  • sałata/szpinak/jarmuż do podania

Piątek


Z czerwonymi diamencikami

  • soczewica (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej soczewicy)
  • kasza jęczmienna/jaglana (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej kaszy)
  • żurawina suszona (ok. 2 łyżek)
  • nasiona grantu (ok. 4 łyżek)
  • tymianek (1/4 łyżeczki)
  • rozmaryn (1/4 łyżeczki)
  • pestki dyni lub orzechy włoskie (ok. 2-4 łyżek)
  • sok z cytryny (1 łyżka)
  • oliwa z oliwek (1 łyżka)
  • sałata/szpinak/jarmuż do podania


Sobota


Z marchewkowymi wstążeczkami i orzeszkami ziemnymi, żeby jakoś przetrzymać pracującą sobotę

  • ciecierzyca (1/4 szkl. suchej, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanej ciecierzycy)
  • ryż basmati (1/4 szkl. suchego, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanego ryżu)
  • świeża marchewka (1/2 marchewki, pokrojona na "wstążeczki" przy pomocy obieraczki do warzyw)
  • pomarańcza (1/2 wyfiletowanej pomarańczy)
  • orzeszki ziemne do posypania  (ok. 2-4 łyżek)
  • sok z cytryny/limonki (1 łyżka)
  • oliwa z oliwek (1 łyżka)
  • sałata/szpinak/jarmuż do podania

Niedziela


 Na wypasie dla tych, którzy w niedzielę zamiast "nie dziełać", muszą iść do pracy

  • kostki tempehu marynowanego/wędzonego lub wędzonego tofu (ok. 100 g)
  • ryż basmati (1/4 szkl. suchego, ok. 1/2-2/3 szkl. ugotowanego ryżu)
  • patyk selera (1 posiekany w plasterki)
  • suszone morele (ok. 2 łyżek posiekanych w kosteczkę moreli - ok. 6 sztuk moreli)
  • pestki dyni lub orzechy włoskie (ok. 2-4 łyżek)
  • sok z cytryny (1 łyżka)
  • oliwa z oliwek (1 łyżka)
  • sałata/szpinak/jarmuż do podania
Wszystkie sałatki układamy w pudełkach od najbardziej "wytrzymałych" składników (kasza, soczewica, ciecierzyca), do najbardziej  delikatnych (awokado, pomarańcza, pomidor). Sałatki ułożone w pudełkach/słoikach warstwami pakujemy do lodówki i cieszymy się cały tydzień, że udało nam się tak sprytnie rozwiązać problem obiadów :)

Smacznego!
Anka

wtorek, 3 listopada 2015

Sajgonki z mango, tofu i zielonym groszkiem

Dzisiaj przepis, którego wykonanie wymaga może 15 minut pracy, o ile ma się potrzebne składniki na stanie. Spring rolls na jesień, czyli co, autumn rolls? ;)


Jakiś czas temu Magda pisała o tym, jak zwijać takie rolki, więc wszystkie wskazówki można znaleźć tu. Ja się tylko rozpiszę na temat tego, jak pyszna jest kombinacja smaków w tych rolkach, bo naprawdę jest po prostu PRZECUDOWNA.


O ile tofu i zielony groszek jak najbardziej kojarzą mi się ze spring rolls, o tyle mango to już dziwniejszy wybór. Ale nie ma się co obawiać, bo mango idealnie się tu sprawdza - jest soczyste i pięknie pachnie, więc nadaje specyficzny smak gotowym rolkom. Wystarczy kilka plastrów mango, żeby z całkiem spoko okej dobrych rolek zrobić super mega odświeżające i nietypowe danie.

Co jeszcze zapakowałyśmy do naszych rolek? Ano, ugotowany makaron soba, pokrojony na mniejsze kawałki, które łatwiej upakować do zwijanych rolek. Takie połączenie bardzo mi odpowiada, bo nie tylko jest szybkie (makaron soba jest przecież gotowy w 5 min), ale też dodaje gryczano-orzechowego smaku gotowym rolkom.


Żeby całe danie było bardziej krzepiące, wkroiłyśmy też do tych rolek tofu w sosie tamari, które jakiś czas temu dostałyśmy w prezencie od Polsoi. Takie marynowane w tamari tofu sprawdziło się w naszych rolkach idealnie, bo miało swój wyrazisty smak, a nie tylko przejęło aromat i smak innych składników, tak jak to zwykle jest z naturalnym tofu.

Gotowe rolki moczyłyśmy w sosie sojowym, choć pewnie można by je też podać z jakimś innym sosem, np. takim z masła orzechowego. Albo z jakimś bardzo ostrym, w którym byłoby mnóstwo papryczek chili. Chociaż nadzienie w tych rolkach było tak dobre, że właściwie po co jeszcze stawać na głowie? :)

Co do samego pomysłu, to podpatrzyłam go stąd. Nie mogłam się oprzeć tej feerii barw, więc ich już specjalnie nie ulepszałyśmy jeśli chodzi o paletę kolorów. Zamieniłyśmy tylko awokado na zielony groszek, bo nie miałyśmy akurat dojrzałego awokado pod ręką :) Pyszności!


I jeszcze na koniec słówko prawdy: ten przepis miał być opublikowany jakiś czas temu. Tzn. napisałam "jakiś czas temu", a właściwie w tym przypadku trzeba by było napisać ze 3 miesiące temu. I dlatego mogłyśmy wtedy jeszcze użyć sprezentowanego nam przez Polsoję BIO tofu z tamari, no bo teraz to mogłybyśmy w takie rolki zawinąć co najwyżej wspomnienie po tym tofu ;)

Sajgonki z mango, tofu i zielonym groszkiem
podpatrzone stąd

Składniki:
na ok. 15-20 rolek, zależnie od tego jak duże rolki będziemy zwijać)

  • 1 opakowanie tofu z tamari
  • 1 szkl. mrożonego zielonego groszku, przelanego wrzątkiem
  • ok. 1/3 mango, pokrojonego w plastry lub słupki
  • 200 g makaronu soba, ugotowanego i pokrojonego na mniejsze kawałki
  • papier ryżowy do zawijania


  • sos sojowy do moczenia
  • ew. kilka łyżek podprażonego sezamu do posypywania przy jedzeniu


Przygotowanie:
  1. Makaron soba gotujemy wg wskazówek na opakowaniu, odcedzamy i przelewamy zimną wodą. Tofu kroimy w słupki, groszek przelewamy gorącą wodą i odcedzamy, a mango obieramy ze skórki i kroimy w plastry lub słupki.
  2. Zwijamy rolki, układając po trochu wszystkich składników na środku namoczonego przez chwilę w wodzie papieru ryżowego. Szczegółowe wskazówki do zwijania rolek można znaleźć w tym poście.
  3. Rolki podajemy z sosem sojowym i ew. posypujemy od czasu do czasu podprażonym sezamem ;)
Smacznego!
Anka

wtorek, 6 października 2015

Vegans, travelling, czyli jak NIE żywiłyśmy się jedynie bułkami z bananem przez 3 dni w Londynie :)

Wrociłyśmy jakiś czas temu z wakacji i teraz nie możemy się napatrzeć na zdjęcia na blogach i fejsbuczkach, gdzie to też kto nie był i czego to też nie jadł :) My się też trochę szwendałyśmy, bo udało nam się spędzić trzy dni w Londynie. Chociaż miałyśmy długą listę wegańskich miejsc-których-nie-można-przegapić, okazało się, że w trzy dni niestety nie da się z tego wiele obskoczyć. 


Z długaśniej listy zrealizowałyśmy tylko jeden punkt: Itadakizen, w którym jadłyśmy genialne sushi, pakorę, zupę miso i surówki. Mniam mniam mniam!

Poza tym, będąc w Londynie nawet tylko na taką dłuższą chwilkę, chciałyśmy też trochę pozwiedzać, więc jeżdżenie z jednego punktu, gdzie dawaliby śniadanie do drugiego miejsca z kawą i ciastkiem, żeby potem poturlać się na obiad, nie wchodziło w grę. Zresztą, poszłybyśmy chyba wtedy z torbami, i to zupełnie :)

I tak, trochę przez przypadek, naszym głównym punktem żywieniowym została sieć PRET A MANGER. Że nie wypada rozpisywać się o sieciówce na blogu o jedzeniu? Może i tak, może to w nienajlepszym guście, ale szczerze mówiąc, marzyłaby się nam taka sieciówka w Polsce, z względnie dostępnymi cenami. A, jeszcze co do samej nazwy Pret - nie dajcie się zmylić, sieć jest brytyjska, a francuska nazwa miała pewnie się po prostu dobrze kojarzyć z jedzeniem. Może też twórcy Pret wprowadzili w życie zasadę zaczerpniętą z  "Alicji w Krainie Czarów" - jeśli nie wiesz co powiedzieć, mów po francusku :) Serwowane jedzenie nijak nie jest francuskie, bo można tam zjeść i owsiankę, i zupę curry, i zawijane meksykańskie tortille.

PRET nie jest miejscem wegańskim, ale wszystkie produkty wegańskie są jasno oznaczone, i zawsze można znaleźć jakąś opcję dla roślinożerców. Dla nas zupełnym hitem okazały się zupy, sprzedawane w kubeczkach z przykrywką (jak kawa), naprawdę ciepłe i do tego dobrze przyprawione. Pyszne były też wegańskie kanapki i różne wrapy. Do tego fajnym rozwiązaniem dla osób w podróży są porcje pokrojonych i obranych owoców, których już nie trzeba przygotowywać w żaden sposób, można je jeść prosto z pudełka. No i jeszcze miłe zaskoczenie w porze śniadaniowej - owsianka na wodzie kokosowej, zapakowana w poręczny kubek, idealna żeby wziąć ją do torebki!


Rozmarzyłyśmy się - a gdyby coś podobnego naprawdę powstało w Polsce? Sieciówka ze świeżymi i pożywnymi gotowymi daniami? Dla tych z nas, którzy nie zawsze mają czas robić wszystko sami i "z fasoli", którzy gonią do pracy/na uczelnię albo z pracy/z uczelni i właśnie o takiej gorącej zupie marzą? Do tego ujęła nas strona graficzna, przemyślana od początku do końca, z zabawnymi obrazkami-kolażami na ścianach, szczegółowymi opisami na opakowaniach, a nawet informacją na serwetkach, by nie dać ich sobie za dużo wcisnąć. Marketing i pozytywny PR? Z pewnością, ale jeśli w dobrej sprawie, to czemu nie?


Po powrocie myślałam sobie, jak tu zaproponować jakieś szybkie i łatwe pomysły na wegańskie obiady. Za genialne danie uważam "bowl", czyli michę różności. Składniki gotujemy oddzielnie, po trochu, albo dobieramy z lodówki, w zależności od tego, co nam zostało z gotowania innych potraw. Co taka micha powinna zawierać, żeby była sycąca?
  • ziarna: kasze - jęczmienna, gryczana, jaglana, albo ryż - biały lub brązowy
  • pestki/ orzechy: słonecznik, sezam, dynia, migdały albo ulubione orzechy
  • strączki: fasole, soczewice, cieciorka (fajnie jest namoczyć sobie większa ilość, ugotować i potem zamrozić mniejsze porcje)
  • coś świeżego: sałata, szpinak, starta marchew, kiełki
  • coś ugotowanego: brokuł, kalafior, słodki ziemniak albo np. duszone grzyby

Żeby taką mieszankę różności zamienić w potrawę pełną gębą, dodajemy jeden z sosów, na które przepisy znajdzie w tym poście. I gotowe!

Micha nr 1:
  • quinoa - robi i za kaszę, i za białko
  • ugotowane: karczochbrokuł
  • świeże: sałatamarchew
  • ziarna: sezam
Micha nr 2:
  • kasza gryczana
  • biała fasola
  • ugotowane: brokuł, duszone kurki
  • świeże: sałata, pomidory
  • ziarna: może być dyniasłonecznik, fajnie będą też pasowały orzechy włoskie

    Smacznego!
    Magda

    niedziela, 28 czerwca 2015

    Wegańska sałatka ze szpinaku z truskawkami, prażonymi migdałami i tofu

    Truskawki tu, truskawki tam :)  Nie ma się co dziwić, że w czerwcu wszyscy nagle przygotowują tysiące wariantów dań z truskawkami, bo przecież sezon na te owoce trwa tak krótko. W tym roku truskawkowe szaleństwo ma się już powoli ku końcowi, więc warto uczcić/wykorzystać tę okazję i poza słodkościami zrobić... sałatkę z truskawkami!


    Na przepis na sałatkę z truskawkami wpadłam trzy sezony truskawkowe temu. Pomysł wydał mi się tak dziwny, że koniecznie musiałam spróbować. Bardzo mi się takie połączenie spodobało, więc wtedy zrobiłam tę sałatkę kilka razy pod rząd. Potem sobie o tym przepisie zapomniałam, bo go nie zapisałam. Niby coś tam mówiłam Magdzie o tym, jakie to było dobre, ale ona sama nigdy nie zaryzykowała. 


    Dopiero teraz niedawno przygotowałam właśnie taką truskawkową sałatkę i Magda też od razu ją polubiła. Ot, takie rzeczy. Nigdy nie wiadomo, jaka też dziwna kombinacja smaków człowiekowi posmakuje :)


    Żeby zrobić z takiej sałatki trochę bardziej sycący posiłek, dodałyśmy też trochę rozdrobnionego widelcem BIO tofu z ziołami z Polsoi. Idealnie się tu sprawdziło, bo przyprawy nie są dominujące, ale tofu nie jest takie delikatne w smaku jak tofu naturalne. Przez przypadek okazało się, że ziołowe tofu bardzo dobrze dopasowało się do słodkich, pachnących truskawek i podprażonych migdałów.


    Przygotowuje się tę sałatkę galopem, trzeba tylko pozbierać składniki. Choć pewnie można by też eksperymentować z innymi orzechami i typem zieleniny. Pyszności!

    Wegańska sałatka ze szpinaku z truskawkami i prażonymi migdałami

    Składniki (na jedną porcję!):

    • 1 szkl. liści szpinaku, umytych i osuszonych
    • 1/2 szkl. truskawek, umytych, osuszonych i pokrojonych w ćwiartki
    • 1 łyżka soku z cytryny
    • 1 łyżka oliwy z oliwek
    • 2-3 łyżki posiekanych i podprażonych migdałów
    • 1/4 opakowania tofu z ziołami Polsoi (ok. 60 g), rozdrobnionego widelcem
    • ew. sól do smaku (najlepiej gruboziarnista)

    Przygotowanie:

    1. Rozgrzewamy patelnię i prażymy na niej posiekane migdały. Kiedy zrobią się już złociste, szybo zdejmujemy z ognia i przekładamy na talerz lub do miseczki.
    2. Na umytych i osuszonych liściach szpinaku układamy przygotowane truskawki, dodajemy też rozdrobnione widelcem tofu. 
    3. Szpinak, truskawki i tofu polewamy z wierzchu sokiem z cytryny i oliwą, posypujemy podprażonymi migdałami i ew. solą do smaku.

    Smacznego!
    Anka

    wtorek, 26 maja 2015

    Spaghetti z dzikimi szparagami

    Na stoisku z warzywami na ostatniej Veganmani moją uwagę przykuły dziwne, zielone wiechcie, ni to koper, ni to... no właśnie, co? Okazało się, że to dzikie szparagi.  Zachwalali mi je włoscy znajomi, dlatego ucieszyłam się, że można takie szparagi znaleźć też w Polsce.

     

    Co prawda, mili Państwo z JEdynie wytłumaczyli od razu, że to właściwie nie szparagi, tylko młode pędy chmielu, ale nie zrażając się tym, nabyłam pęk kudłatej zieleniny, nie wiedząc jeszcze do końca, co z nim zrobię.
    Dopiero po powrocie do domu przyszedł czas na guglowanie i sprawdzanie informacji. Okazało się, że to, co po włosku nazywa się dzikimi szparagami (asparagi selvatici) to  roślina z rodziny liliowatych: Asparagus acutifolius. Natomiast pędy chmielu też są znane, ale pod wdzięczną nazwą luppolo selvatico (Humulus lupulus), i też używane w kuchni. No ale to jednak nie to samo :)

    Dalej myślałam o kuchni włoskiej, więc oczywiście przyszedł mi do głowy makaron :) Do szparagów pasowały mi pistacje, ze względu na kolor, ale jak akurat nie pałętają się po Waszej kuchni, śmiało zastępujcie je innymi ulubionymi orzechami (podejrzewam, że migdały mogą się fajnie sprawdzić). Dla wyostrzenia smaku dodałam skórkę cytrynową i płatki drożdżowe. Jeśli nie przepadacie za tymi ostatnimi, dodajcie zamiast nich nieco soli.

    A jeśli akurat nie macie w pobliżu magicznego stoiska z dziwnymi roślinami, to może wypróbujecie ten przepis po prostu z zielonymi szparagami? :)


    Spaghetti z dzikimi szparagami i pistacjami

    Składniki (na 1 osobę):
    • 100 g suchego spaghetti
    • 1 łyżeczka startej skórki z cytryny
    • 1 łyżeczka oleju kokosowego
    • 2 łyżeczki oliwy
    • 1 łyżka posiekanych pistacji
    • ew. 2 łyżeczki płatków drożdżowych
    • garść młodych pędów chmielu (dzikich szparagów)

    Przygotowanie:
    1.  Odcinamy tylko górną część szparagów, tę z "haczykami" - łodygi nie będą nam potrzebne.
    2. Olej kokosowy rozgrzewamy na patelni, dorzucamy skórkę cytrynową i chwilę smażymy. Odstawiamy.
    3. Nastawiamy wodę na makaron, a w oddzielnym garnku - na szparagi.
    4. Makaron gotujemy w osolonej wodzie zgodnie z instrukcjami na opakowaniu.
    5. Szparagi wrzucamy na 3 minuty do wrzącej wody, następnie odsączamy na durszlaku i przelewamy zimną wodą.
    6. Na talerzu układamy: makaron, szparagi, posiekane pistacje. Polewamy po wierzchu oliwą,  dosmaczamy płatkami drożdżowymi, albo - jeśli ten smak Wam nie odpowiada - solą.


    Smacznego!
    Magda

    wtorek, 4 listopada 2014

    Bok choy z tofu w sosie z dodatkiem curry - wegański chiński makaron

    Bok choy, czyli kapusta właściwa chińska, która według mnie smakuje jak kapusto-sałata z przebitkami szpinaku. Podaje się ją zwykle na ciepło, w zupie lub krótko przesmażoną. Ja zrobiłam z niej zieleninę, która towarzyszyła podsmażonym kostkom tofu i pysznemu sosowi z dodatkiem curry, który podpatrzyłam od Isy z Post Punk Kitchen. Pychaaa!


    Ten makaron to obiad wymagający niedużego nakładu pracy, ale kilku garnków :) No i paru dziwnych składników, takich jak tofu i kapusta właściwa chińska (a tak swoją drogą, jakoś bardziej odpowiada mi jednak ta zangielszczona wersja chińskiego słowa, czyli bok choy), do tego jeszcze nasionek anyżu (może być gwiazdkowy, ale ja akurat nie miałam, więc wzięłam taki anyż z apteki), i resztki puszki mleka kokosowego.


    Gotowe danie pachnie przepięknie curry, cynamonem i anyżem. Że po co dodawać składników przyprawy do piernika do obiadu? Ja uwielbiam zapach anyżu, więc kiedy tylko zobaczyłam, że Isa sugeruje dodatek nasion anyżu do tego sosu, nie trzeba było mnie już więcej przekonywać, że muszę wypróbować ten przepis. No a jeśli ktoś nie lubi anyżu, albo cynamonu (postaramy się to wybaczyć ;) ), może pominąć te korzenne dodatki i zrobić sos tylko z curry.


    Można się tą potrawą ratować, kiedy mamy mało czasu, bo właściwie wszystko można przygotować z wyprzedzeniem, a przed podaniem obiadu czy kolacji trzeba jeszcze tylko ugotować makaron, no a całą resztę odgrzać.



    Bok choy z tofu w sosie z dodatkiem curry

    moja wersja tego przepisu


    Składniki:
    na 4 porcje

    • ok. 2 łyżek oliwy lub oleju do podsmażenia
    • 170- 200 g odsączonego, odciśniętego i pokrojonego w kostkę tofu (tu Magda opisała, jak odcisnąć tofu)
    • 200 g bok choya
    • 1 średniej wielkości czerwona cebula lub 2 szalotki, posiekane w drobną kostkę

    Na sos:
    • 1 łyżka oliwy lub oleju do podsmażenia
    • 2 łyżeczki świeżego startego imbiru
    • 1 ząbek czosnku, rozdrobniony
    • 2-4 pokruszone papryczki chilli
    • 2 szkl. rosołku warzywnego (u mnie 2 łyżeczki suszonej włoszczyzny z + 2 szkl. wody)
    • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej, dokładnie wymieszane z 2 łyżkami zimnej wody
    • 2 łyżeczki curry
    • 1/4 łyżeczki nasion anyżu, rozdrobnionego w moździerzu
    • 1/4 łyżeczki cynamonu
    • 1 łyżka sosu sojowego
    • 1/2 szkl. mleka kokosowego
    • sól wg uznania

    •  300-400 g pełnoziarnistego makaronu pszennego lub gryczanego 

    • ew. podprażony sezam do posypania (ja zapomniałam, ale myślę, że idealnie by pasował)

    Przygotowanie:

    Dodatki:
    1. Odsączamy i odciskamy tofu, a następnie kroimy je w kostkę ok. 1 cm na 1 cm.
    2. Liście bok choya dokładnie oczyszczamy, osuszamy i kroimy.
    3. Na patelni rozgrzewamy olej i podsmażamy tofu na średnim ogniu. Żeby tofu się nie zaczęło kruszyć, nie mieszamy go co chwila łyżką, tylko czekamy aż zrumieni się z jednej strony, lub ruszamy patelnią, żeby nie przywarło.
    4. Kiedy uznamy, że tofu jest już gotowe, zdejmujemy je z ognia i odstawiamy.
    5. Na tej samej patelni krótko podsmażamy pokrojonego bok choya. Zdejmujemy z ognia i odstawiamy.
    6. Na tej samej patelni podsmażamy cebulę przez ok 3- 5 min. Zdejmujemy z ognia i odstawiamy.

    Sos:
    1. Robimy "rosołek naprędce": w misce lub rondelku zalewamy gorącą wodą 2 łyżeczki suszonej włoszczyzny.
    2. W oddzielnym rondelku rozgrzewamy 1 łyżkę oleju. Dodajemy rozdrobniony czosnek i starty imbir, podsmażamy około 1 min.
    3. Do podsmażonego czosnku z imbirem dodajemy "rosołek", curry, pokruszone płatki chilli, cynamon, imbir i sos sojowy.
    4. W filiżance dokładnie mieszamy mąkę ziemniaczaną z zimną wodą.
    5. Do zagotowanego rosołku z czosnkiem i imbirem dodajemy mieszaninę mąki ziemniaczanej i zimnej wody. Bardzo dokładnie mieszamy, żeby nie powstały grudki. 
    6. Podgrzewamy ok. 3- 5 min, żeby sos troszkę zgęstniał.
    7. Na koniec do sosu dodajemy mleko kokosowe i doprawiamy solą do smaku.

    Makaron:
    1. Kiedy i tofu, i bok choy, i sos są już gotowe, gotujemy makaron wg wskazówek na opakowaniu. 
    2. Ugotowany makaron podajemy z resztą składników (ewentualnie posypujemy podprażonym sezamem.
    Smacznego!
    Anka

    niedziela, 26 października 2014

    Wegańskie tabliczki czekolady szyte na miarę ;)

    Czy nie macie czasem ochoty na inny smak czekolady? Nie tylko inny niż wegańska, czarna, 60, 70 czy 90% kakao, ale też inny niż wszystkie dostępne na półkach? Np. żeby była deserowa, ale z orzechami włoskimi? Jest na to sposób! Już dziś możecie zrobić w domu dowolną czekoladę, a potrzebna Wam będzie tylko tabliczka ulubionej marki oraz wybrane dodatki. Bo ja wiem - może nawet słone precelki?


    Mi marzyła się wegańska wersja batoników z mlecznej czekolady z kawałkami korzennych ciasteczek speculoos, które produkuje pewna firma ze słonikiem w logo. Pomoc przyszła, jak to często w kulinarnym świecie bywa, z amerykańskich blogów kulinarnych, na których można znaleźć wiele odmian "chocolate bark", czyli czekoladowej kory. Robiła takie łakocie m. in. Martha Stewart, ale na różnych blogach można znaleźć mnóstwo innych propozycji.


    Okazuje się, że wystarczy rozpuścić czekoladę, a następnie posypać ją czym tylko dusza zapragnie!



    Dlatego kiedy trafiłam w sklepie na paczki ciasteczek korzennych, zaraz zaczęło mnie korcić, żeby z nimi  poeksperymentować.



    Użyłam mieszanki ulubionej krakowskiej gorzkiej i czekolady deserowej z Lidla (taka z napisem Rainforest Alliance), ale oczywiście wybór należy do Was :) Anka jeszcze podrzuciła pomysł, żeby dodać orzechy laskowe, a  ja pomyślałam, żeby je podprażyć. I tak powstała nasza autorska tabliczka. A co będzie zawierać Wasza? Tu otwiera się pole do popisu!


    Czekolada z ciasteczkami korzennymi i orzechami laskowymi

    Składniki:
    • 200 g czarnej czekolady
    • 100 g uprażonych orzechów laskowych
    • kilka ciasteczek typu speculoos, pokruszonych na drobne kawałki

    Oprócz tego będą potrzebne:
    • arkusz papieru do pieczenia
    • sztywna podkładka (np. taka plastikowa pod talerz, taca lub forma do pieczenia)
    Przygotowanie:

    1. Ilość czekolady zależy od tego, ilu czekoladożerców akurat znajduje się w pobliżu - można rozpuścić nawet i 100 g, ale pamiętajcie, że będzie to niewielka porcja.
    2. Orzechy prażymy na suchej patelni, na średnim ogniu, aż zaczną pachnieć. Studzimy. Można jeszcze pozbawić je brązowych skórek, wkładając orzechy w ścierkę i energicznie je pocierając.
    3. Na podkładce układamy przycięty arkusz papieru do pieczenia.
    4. Roztapiamy czekoladę w kąpieli wodnej: wkładamy miskę z czekoladą do nieco większego naczynia z ciepłą wodą i mieszamy, aż czekolada się rozpuści.
    5. Wylewamy czekoladę na pergamin, a następnie posypujemy orzechami i okruchami ciasteczek (dużo!).
    6. Zostawiamy do zastygnięcia. Można ewentualnie ostrożnie przenieść czekoladę na podkładce do lodówki.
    7. Czekoladową taflę łamiemy na mniejsze kawałki, takie na jeden kęs.
    8. Zajadamy, gdy tylko przyjdzie czekoladowa potrzeba! 


    Smacznego!
    Magda

    środa, 20 sierpnia 2014

    Torcik na rocznicę (bezglutenowy, bez pieczenia)!

    Tydzień temu minął rok, od kiedy na tym blogu pojawił się pierwszy wpis. Czego się nauczyłyśmy, co musimy opanować, czego będziemy się starały unikać? Czy nie brzmi to trochę jak pamiętnik Bridget Jones, która robiła listy postanowień na nowy rok, ale nigdy nie udawało jej się ich zrealizować? ;)

     

    tytułowy torcik - PRZEPIS NA KOŃCU POSTA!

    My nie będziemy składać obietnic, co też zrobimy w najbliższym czasie, a co za pół roku, bo nie wierzymy w takie deklaracje. Plany co do tego, jakie pojawią się tu wpisy, były bardzo różne, a co z tych pomysłów udało nam się zrealizować, to już inna kwestia :)

    Rok istnienia bloga skłonił nas do tego, żeby zastanowić się, które przepisy zrobiły największą furorę. I tak, najczęściej wyświetlane wpisy to (aby zobaczyć przepis, wystarczy kliknąć w wybrany obrazek):

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/01/saatka-z-granatem.html 

    1. Sałatka z granatem
    Popularna pewnie z powodu "dziwnego" składnika, jakim jest granat. A może po prostu dlatego, że jest pyszna? ;)

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/pieczone-warzywa-na-kolacje.html 

    2. Pieczone warzywa
    Często wyszukiwane hasło "pieczenie warzyw w piekarniku" sprowadziło do nas całkiem dużo odwiedzających. Warzywa do piekarnika!


    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/pasta-z-zielonej-soczewicy-i-orzechow.html 

    3. Pasta z zielonej soczewicy i orzechów włoskich 
    Post promowany przez fejbukową stronę akcji Weganizm: Spróbujesz? Wciąż bardzo nam miło, że tak nas wyróżniono!

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/kotlety-soczewicowe-z-pieczarkami.html 

    4. Kotlety soczewicowe z pieczarkami
    Jedna z potraw, którą w różnych wcieleniach robimy (prawie) na okrągło. Skusicie się? ;)


    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/06/chleb-z-siemieniem-lnianym-na-zakwasie.html

    5. Chleb z siemieniem lnianym na zakwasie
    Super chlebek, kolejny post wyróżniony przez Weganizm: Spróbujesz?. Nie robiliście jeszcze chleba na zakwasie? To nic strasznego, a z tego przepisu wychodzi EKSTRA bochenek!

    Postanowiłyśmy też przygotować naszą prywatną listę przebojów, dlatego każda z nas wybrała pięć wpisów, które lubi najbardziej.

    I tak, ulubione przepisy Anki to:

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/02/migdaowy-sernik.html 

    1. Migdałowy "sernik"
    Jestem z tego ciasta wybitnie dumna, bo jest kremowe, odpowiednio wilgotne, pyszne. Sernik pierwsza klasa!
     
    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/11/pachnacy-ryz-basmati-z-soczewica-i.html
    2. Pachnący ryż basmati z soczewicą i skarmelizowaną cebulą
    Najlepszy obiad w 15 min (nie licząc pieczenia krążków cebuli), jaki mogę sobie wyobrazić. Robiłam to danie pewnie z milion razy i na pewno jeszcze nie raz zrobię. Polecam!


     3. Trufle piernikowe
    Pyszne czekoladki, które pachną jak prawdziwy piernik. Mniam!

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/04/poisson-davril-czyli-sushi-micha.html 

    4. SUSHI MICHA, czyli chirashi sushi 
    Dla tych bardziej leniwych - sushi ekspres, do którego można wykorzystać różne świeże warzywka. Naprawdę fajny pomysł na nietypowe danie, chociaż poza algami nie wymaga ono wielu wyszukanych składników.

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najkrotszy-dzien-w-roku.html
     
    5. Panna cotta z Karaibów 
    Wydaje mi się, że w przypadku panna cotty wegańska wersja jest jeszcze smaczniejsza, niż żelatynowy oryginał. Do tego mus z mango! Dla mnie rewelacja!

    Z kolei Magda wybrała:

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/srodziemnomorska-tarta.html

    1. Tarta ze szpinakiem, suszonymi pomidorami i czarnymi oliwkami

    Lubię ten tekst za różne wstawki filologiczne, rozważania, czy rzeczony placek to tarta czy quiche, oraz jaką lepiej zastosować pisownię - spolszczoną czy oryginalną. A poza tym uwielbiam kruchy spód, który dzięki dodatkowi odrobiny octu nie kruszy się jak typowe tarty.



    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/09/aromatyczna-zupa-na-leniwy-wieczor.html

     2. Grecka zupa z czerwonej soczewicy z cytryną i rozmarynem

    Absolutny hit, przepis, który wraca u nas bardzo często. Zupa "leniwa", bo nie wymaga wielu składników i szybko się przygotowuje, a przy tym jest o niebo lepsza od soku wielowarzywnego z kartonu czy innego, nawet zdrowego, fastfoodu. Kombinacja rozmarynu, skórki cytrynowej i czosnku nadaje jej wyjątkowy zapach. A z wyglądu taka niepozorna...

    http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najlepsza-na-swiecie-czekolada-z-pianka.html

    3. Najlepsza na świecie czekolada z pianką

    Ten wpis najlepiej oddaje moje kulinarne obsesje: smak, którego kiedyś spróbowałam, a potem z uporem próbuję sama uzyskać podobny efekt. Czasem po długich poszukiwaniach dochodzę do wniosku, że taki "święty Graal" nigdy nie istniał, i tylko ja go sobie wymyśliłam ;)

    http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/08/lody-dla-ochody-na-ostatnie-dni-lata.html

     4. Domowe lody z mleczka kokosowego
    Przezabawny tekst Anki, który nie przestaje mnie cieszyć: lody, które "zostały gruntownie przetestowane przez fanów kiełbasy podwawelskiej", a do tego cytat ze Starszych Panów (niespodziewany koniec lata). Delicje!

    http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/03/pseudonim-operacyjny-szmaragd.html

    5. Szmaragdowa pasta do kanapek
     
    Tekst na dzień św. Patryka, ze szpinakowym akcentem. Szczerze się uśmiałam, kiedy przeczytałam o tym, jak to "wraca człowiek pod wieczór do domu i nie ma nic przeciwko Dniu Św. Patryka, ale niespecjalnie może się wybrać na irlandzkie piwo (lub raczej kilka :) ), no bo przecież jutro do szkoły, pracy i innych obowiązków." A dalej "trochę to wygląda tak, że Miejscy nic tylko chodzą i świętują (jakieś Dni Liczby Pi, najkrótsze dni w roku i inne rocznice przyznania praw wyborczych kobietom)"... Dzisiaj faktycznie świętujemy, bo blogowi stuknął niedawno roczek, z czego się bardzo cieszymy :D

    Na początku naszego bloga znali go tylko "krewni i znajomi", później zapisałyśmy go do portalu durszlak.pl i za każdym nowym postem niecierpliwie obserwowałyśmy, ile osób weszło na bloga przez kliknięcie na durszlaku. Nieco później zaryzykowałyśmy i wysłałyśmy parę zdjęć na finding vegan - i po paru dniach oczekiwania, juhuuu, zostały zaakceptowane! Nie dodajemy tam kolejnych postów, bo nasze przepisy publikujemy tylko w wersji polskiej, wiec obcojęzyczni weganie mieliby problem, żeby z nich skorzystać. Za to ciągle jeszcze, kiedy mamy gorszy dzień albo brak nam weny, wyświetlamy sobie stronę użytkownika miejscyroslinozercy na FV... i od razu robi się nam lepiej :)

    Kolejnym krokiem było założenie blogowego fejsbuka. Ulegając namowom znajomych, skarżących się, ze nie dostają powiadomień o nowych postach, założyłyśmy profil, na którym pojawiają się wszystkie nowości - blogowe i nie tylko. Za fejsbukiem poszło zgłoszenie do akcji "Weganizm. Spróbujesz?". Zaczęły nas "śledzić" kolejne osoby, a wybrane posty pojawiły się na tablicy akcji na fb, z czego się niezmiernie cieszymy i co nas pozytywnie zdziwiło (jak to, nasz przepis ktoś POLECA? ;) ).

    Blog ewoluował tez pod innymi względami. Na początku bardzo skupiałyśmy się na ładnym brzmieniu zdań, doborze słownictwa, unikaniu powtórzeń. Skutek był taki, ze w postach Anki notorycznie pojawiało się hasło "bura breja", lejtmotywem Magdy był natomiast brak czasu (na gotowanie:)), a oprócz tego hasła "patent" oraz "baza". Co więcej, chociaż obie mamy zacięcie korektorskie, nierzadko po dłuższym czasie orientowałyśmy się, ze w poście tkwił jakiś byk - hitem był tytuł jednego z wpisów "Najlepsze na świecie ciasteczka czekoladą". Najwyraźniej "z" było najsmaczniejsze, bo zostało zjedzone. Te same ciasteczka opisywałyśmy jako "bezglutanowe" Pomne takich doświadczeń zaczęłyśmy zwracać większą uwagę na elementy praktyczne, ale i tu nie obyło się bez wpadek: w przepisie na ciasto  do paja podawałyśmy 1/3 łyżki oleju. Co ciekawe, kazałyśmy tę znikomą ilość tłuszczu podzielić na równe części oleju słonecznikowego, kokosowego i oliwy z oliwek. No cóż, jak talent, to talent.

    A wracając do tematu początków bloga: pierwotnie planowałyśmy opublikować zupełnie inny przepis jako nasz pierwszy post. Chciałyśmy zacząć nasz blog na bogato, bo z ogromną ilością czekolady. Co z tego wyszło rok temu w sierpniu? Lody kokosowe. Tak. No więc tak wyglądają nasze postanowienia, deklaracje i takie tam. Pod spodem post, który (już po roku) postanowiłyśmy w końcu opublikować.



    Nie wiem, co mi się w nim najbardziej spodobało, ale chyba trudno jest oprzeć się urokowi takiej rozpływającej się czekolady...
    Składniki, zakupione zawczasu, dość długo czekały, aż się zabiorę do przygotowania ciasta. Najdłużej zajęło mi szukanie daktyli - te na zdjęciu nie przypominały niczym suchych owoców, dostępnych w większości  naszych sklepów. Najpierw zastanawiałam się, jak przeliczyć proporcje na nasze "polskie" daktyle, ale w końcu dałam się skusić na ogromne daktyle Medjool, dostępne na stoisku w Galerii Krakowskiej (ale i na Starym Kleparzu :D). Nie należą do najtańszych, ale wyglądem przypominały wreszcie te z oryginalnego przepisu. Jeśli chodzi o smak, okazały się podobne do innych daktyli, więc wkrótce pewnie przeprowadzimy próbę z daktylami z paczki albo z daktylami organicznymi z Tesco (hahahaa - przez cały rok nie zebrałyśmy się do tych prób, bo i to, i tamto trzeba było wypróbować; kolejny przykład, jak w naszym wykonaniu kończy się składanie obietnic ;) za to specjalnie dla Was zważyłyśmy daktyle organiczne z Tesco: jeden waży 8-10 g; dla porównania, jeden Medjool to 27 g, a zwykły mały daktyl - 5 g).
    A teraz do rzeczy: składniki sobie czekały, czekały… ja się zabierałam do roboty, ale opornie - aż przyjechała Anka :) Starym sposobem, próbowałam na nią wyoutsourcować przygotowanie ciasta (ty zrobisz, my zjemy), ale skończyło się tak, że zrobiła część, a ja resztę (powiedzmy, że pół na pół :) ).


    A pracę warto sobie podzielić, bo ciasto, chociaż niewielkie, ma warstw co niemiara; na dokładkę jeszcze, układa się je do góry nogami, więc to, co jest spodem, kładzie się na końcu... ale po kolei.


    Ciasto z kremem z nerkowców z polewą czekoladową (bezglutenowe, bez pieczenia)

    Wcześniej: można tylko namoczyć orzechy nerkowca (1/2 szkl.)
    Zaczynamy od tego co, będzie na górze:

    Warstwa 1

    • 1/2 szklanki orzechów włoskich
    • 4 duże daktyle (bez pestek) - 110 g
    • 2 łyżeczki syropu klonowego albo stewia do smaku
    • szczypta soli
    • 1 łyżka oleju (w oryginale kokosowy, ale może spokojnie być rzepakowy lub słonecznikowy)
    • 1/8 łyżeczki cynamonu
    Wszystkie składniki mielimy blenderem na jednolitą masę.
    Foremkę na ciasto (oryginalne wymiary: średnica 10 cm, głębokość 7,5 cm – dobrze sprawdzają się metalowe miseczki do przechowywania żywności) wysmarować olejem. Można wcześniej wyłożyć miskę folią (wystarczy też zwykły plastikowy woreczek), bo znacznie ułatwi to późniejsze manipulowanie ciastem.
    Wylepiamy foremkę masą. Po odwróceniu (ale na to jeszcze nie czas!) znajdzie się ona na górze.
    Można teraz włożyć na trochę do zamrażalnika (tak zrobiła Anka), albo przejść do kolejnych warstw.

    Warstwa 2

    • 1/2 szkl. orzechów nerkowca (wcześniej namoczyć)
    • 2 1/2 łyżki ciepłej wody
    • 2 łyżeczki oleju o neutralnym zapachu (w oryginale kokosowy)
    • 2 daktyle (bez pestek) - 55 g
    • parę kropel olejku waniliowego
    Nerkowce, jeśli były wcześniej namoczone, odsączamy. Miksujemy z pozostałymi składnikami. Ma powstać gładka masa.
    Masą wykładamy do miseczki.

    Teraz czas na spód (czyli chwilowo wierzch :)).

    • 1/3 szkl. orzechów włoskich
    • 1 daktyl (bez pestki) - 27 g
    • 1 łyżeczka siemienia lnianego ( w oryginale raw hemp seeds) – my w ogóle o tym zapomniałyśmy :D
    Też miksujemy wszystkie składniki, ale masa nie musi być idealnie gładka.
    Masę układamy na poprzedniej, kremowej warstwie.
    Jeśli wcześniej nie schłodziliśmy ciasta, warto je teraz wstawić do lodówki.
    Nasze było dosyć zimne, chociaż w zamrażarce siedziała tylko pierwsza warstwa.
    Kiedy ciasto porządnie się schłodzi i zastygnie, przy pomocy talerzyka trzeba je odwrócić do góry nogami. 

    Następnie czas na przygotowanie polewy czekoladowej. Przepisy mówią tu najczęściej o kąpieli wodnej, czyli tańcu z rondelkiem na gazie – ja za tym nie przepadam, bo zawsze się boję, że wyleję na siebie zawartość obu naczyń. Przepis oryginalny mówił o mikrofali, a my zastosowałyśmy patent opracowany przez Ankę, czyli miseczka z gorąca wodą (z czajnika), do środka druga miseczka, a w niej składniki:

    • 1/2 tabliczki czekolady (u nas – Krakowska gorzka) - 50 g
    • 1 1/2 łyżki oleju
    Czekoladę należy połamać w kostki, a potem co jakiś czas przemieszać, żeby kawałeczki równomiernie załapały ciepło od ścianek miseczki. Czekolada się idealnie roztapia, a my kulinarne akrobacje mamy z głowy. Pozostaje już tylko oblać schłodzone ciasto czekoladą i zostawić, aby zastygło (w lodówce; w oryginale była zamrażarka – to jeśli się komuś śpieszy, u nas lodówka sprawdziła się znakomicie).
    Ciasto prezentuje się bardzo okazale, a nie trzeba nawet nic piec!



    Dziękujemy wszystkim, którzy do nas zaglądają :) Mamy nadzieję, że zajrzycie jeszcze nie raz!

    Miłego gotowania!

    Anka i Magda