Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napój. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą napój. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 sierpnia 2014

Torcik na rocznicę (bezglutenowy, bez pieczenia)!

Tydzień temu minął rok, od kiedy na tym blogu pojawił się pierwszy wpis. Czego się nauczyłyśmy, co musimy opanować, czego będziemy się starały unikać? Czy nie brzmi to trochę jak pamiętnik Bridget Jones, która robiła listy postanowień na nowy rok, ale nigdy nie udawało jej się ich zrealizować? ;)

 

tytułowy torcik - PRZEPIS NA KOŃCU POSTA!

My nie będziemy składać obietnic, co też zrobimy w najbliższym czasie, a co za pół roku, bo nie wierzymy w takie deklaracje. Plany co do tego, jakie pojawią się tu wpisy, były bardzo różne, a co z tych pomysłów udało nam się zrealizować, to już inna kwestia :)

Rok istnienia bloga skłonił nas do tego, żeby zastanowić się, które przepisy zrobiły największą furorę. I tak, najczęściej wyświetlane wpisy to (aby zobaczyć przepis, wystarczy kliknąć w wybrany obrazek):

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/01/saatka-z-granatem.html 

1. Sałatka z granatem
Popularna pewnie z powodu "dziwnego" składnika, jakim jest granat. A może po prostu dlatego, że jest pyszna? ;)

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/pieczone-warzywa-na-kolacje.html 

2. Pieczone warzywa
Często wyszukiwane hasło "pieczenie warzyw w piekarniku" sprowadziło do nas całkiem dużo odwiedzających. Warzywa do piekarnika!


http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/pasta-z-zielonej-soczewicy-i-orzechow.html 

3. Pasta z zielonej soczewicy i orzechów włoskich 
Post promowany przez fejbukową stronę akcji Weganizm: Spróbujesz? Wciąż bardzo nam miło, że tak nas wyróżniono!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/kotlety-soczewicowe-z-pieczarkami.html 

4. Kotlety soczewicowe z pieczarkami
Jedna z potraw, którą w różnych wcieleniach robimy (prawie) na okrągło. Skusicie się? ;)


http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/06/chleb-z-siemieniem-lnianym-na-zakwasie.html

5. Chleb z siemieniem lnianym na zakwasie
Super chlebek, kolejny post wyróżniony przez Weganizm: Spróbujesz?. Nie robiliście jeszcze chleba na zakwasie? To nic strasznego, a z tego przepisu wychodzi EKSTRA bochenek!

Postanowiłyśmy też przygotować naszą prywatną listę przebojów, dlatego każda z nas wybrała pięć wpisów, które lubi najbardziej.

I tak, ulubione przepisy Anki to:

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/02/migdaowy-sernik.html 

1. Migdałowy "sernik"
Jestem z tego ciasta wybitnie dumna, bo jest kremowe, odpowiednio wilgotne, pyszne. Sernik pierwsza klasa!
 
http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/11/pachnacy-ryz-basmati-z-soczewica-i.html
2. Pachnący ryż basmati z soczewicą i skarmelizowaną cebulą
Najlepszy obiad w 15 min (nie licząc pieczenia krążków cebuli), jaki mogę sobie wyobrazić. Robiłam to danie pewnie z milion razy i na pewno jeszcze nie raz zrobię. Polecam!


 3. Trufle piernikowe
Pyszne czekoladki, które pachną jak prawdziwy piernik. Mniam!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/04/poisson-davril-czyli-sushi-micha.html 

4. SUSHI MICHA, czyli chirashi sushi 
Dla tych bardziej leniwych - sushi ekspres, do którego można wykorzystać różne świeże warzywka. Naprawdę fajny pomysł na nietypowe danie, chociaż poza algami nie wymaga ono wielu wyszukanych składników.

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najkrotszy-dzien-w-roku.html
 
5. Panna cotta z Karaibów 
Wydaje mi się, że w przypadku panna cotty wegańska wersja jest jeszcze smaczniejsza, niż żelatynowy oryginał. Do tego mus z mango! Dla mnie rewelacja!

Z kolei Magda wybrała:

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/srodziemnomorska-tarta.html

1. Tarta ze szpinakiem, suszonymi pomidorami i czarnymi oliwkami

Lubię ten tekst za różne wstawki filologiczne, rozważania, czy rzeczony placek to tarta czy quiche, oraz jaką lepiej zastosować pisownię - spolszczoną czy oryginalną. A poza tym uwielbiam kruchy spód, który dzięki dodatkowi odrobiny octu nie kruszy się jak typowe tarty.



http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/09/aromatyczna-zupa-na-leniwy-wieczor.html

 2. Grecka zupa z czerwonej soczewicy z cytryną i rozmarynem

Absolutny hit, przepis, który wraca u nas bardzo często. Zupa "leniwa", bo nie wymaga wielu składników i szybko się przygotowuje, a przy tym jest o niebo lepsza od soku wielowarzywnego z kartonu czy innego, nawet zdrowego, fastfoodu. Kombinacja rozmarynu, skórki cytrynowej i czosnku nadaje jej wyjątkowy zapach. A z wyglądu taka niepozorna...

http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najlepsza-na-swiecie-czekolada-z-pianka.html

3. Najlepsza na świecie czekolada z pianką

Ten wpis najlepiej oddaje moje kulinarne obsesje: smak, którego kiedyś spróbowałam, a potem z uporem próbuję sama uzyskać podobny efekt. Czasem po długich poszukiwaniach dochodzę do wniosku, że taki "święty Graal" nigdy nie istniał, i tylko ja go sobie wymyśliłam ;)

http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/08/lody-dla-ochody-na-ostatnie-dni-lata.html

 4. Domowe lody z mleczka kokosowego
Przezabawny tekst Anki, który nie przestaje mnie cieszyć: lody, które "zostały gruntownie przetestowane przez fanów kiełbasy podwawelskiej", a do tego cytat ze Starszych Panów (niespodziewany koniec lata). Delicje!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/03/pseudonim-operacyjny-szmaragd.html

5. Szmaragdowa pasta do kanapek
 
Tekst na dzień św. Patryka, ze szpinakowym akcentem. Szczerze się uśmiałam, kiedy przeczytałam o tym, jak to "wraca człowiek pod wieczór do domu i nie ma nic przeciwko Dniu Św. Patryka, ale niespecjalnie może się wybrać na irlandzkie piwo (lub raczej kilka :) ), no bo przecież jutro do szkoły, pracy i innych obowiązków." A dalej "trochę to wygląda tak, że Miejscy nic tylko chodzą i świętują (jakieś Dni Liczby Pi, najkrótsze dni w roku i inne rocznice przyznania praw wyborczych kobietom)"... Dzisiaj faktycznie świętujemy, bo blogowi stuknął niedawno roczek, z czego się bardzo cieszymy :D

Na początku naszego bloga znali go tylko "krewni i znajomi", później zapisałyśmy go do portalu durszlak.pl i za każdym nowym postem niecierpliwie obserwowałyśmy, ile osób weszło na bloga przez kliknięcie na durszlaku. Nieco później zaryzykowałyśmy i wysłałyśmy parę zdjęć na finding vegan - i po paru dniach oczekiwania, juhuuu, zostały zaakceptowane! Nie dodajemy tam kolejnych postów, bo nasze przepisy publikujemy tylko w wersji polskiej, wiec obcojęzyczni weganie mieliby problem, żeby z nich skorzystać. Za to ciągle jeszcze, kiedy mamy gorszy dzień albo brak nam weny, wyświetlamy sobie stronę użytkownika miejscyroslinozercy na FV... i od razu robi się nam lepiej :)

Kolejnym krokiem było założenie blogowego fejsbuka. Ulegając namowom znajomych, skarżących się, ze nie dostają powiadomień o nowych postach, założyłyśmy profil, na którym pojawiają się wszystkie nowości - blogowe i nie tylko. Za fejsbukiem poszło zgłoszenie do akcji "Weganizm. Spróbujesz?". Zaczęły nas "śledzić" kolejne osoby, a wybrane posty pojawiły się na tablicy akcji na fb, z czego się niezmiernie cieszymy i co nas pozytywnie zdziwiło (jak to, nasz przepis ktoś POLECA? ;) ).

Blog ewoluował tez pod innymi względami. Na początku bardzo skupiałyśmy się na ładnym brzmieniu zdań, doborze słownictwa, unikaniu powtórzeń. Skutek był taki, ze w postach Anki notorycznie pojawiało się hasło "bura breja", lejtmotywem Magdy był natomiast brak czasu (na gotowanie:)), a oprócz tego hasła "patent" oraz "baza". Co więcej, chociaż obie mamy zacięcie korektorskie, nierzadko po dłuższym czasie orientowałyśmy się, ze w poście tkwił jakiś byk - hitem był tytuł jednego z wpisów "Najlepsze na świecie ciasteczka czekoladą". Najwyraźniej "z" było najsmaczniejsze, bo zostało zjedzone. Te same ciasteczka opisywałyśmy jako "bezglutanowe" Pomne takich doświadczeń zaczęłyśmy zwracać większą uwagę na elementy praktyczne, ale i tu nie obyło się bez wpadek: w przepisie na ciasto  do paja podawałyśmy 1/3 łyżki oleju. Co ciekawe, kazałyśmy tę znikomą ilość tłuszczu podzielić na równe części oleju słonecznikowego, kokosowego i oliwy z oliwek. No cóż, jak talent, to talent.

A wracając do tematu początków bloga: pierwotnie planowałyśmy opublikować zupełnie inny przepis jako nasz pierwszy post. Chciałyśmy zacząć nasz blog na bogato, bo z ogromną ilością czekolady. Co z tego wyszło rok temu w sierpniu? Lody kokosowe. Tak. No więc tak wyglądają nasze postanowienia, deklaracje i takie tam. Pod spodem post, który (już po roku) postanowiłyśmy w końcu opublikować.



Nie wiem, co mi się w nim najbardziej spodobało, ale chyba trudno jest oprzeć się urokowi takiej rozpływającej się czekolady...
Składniki, zakupione zawczasu, dość długo czekały, aż się zabiorę do przygotowania ciasta. Najdłużej zajęło mi szukanie daktyli - te na zdjęciu nie przypominały niczym suchych owoców, dostępnych w większości  naszych sklepów. Najpierw zastanawiałam się, jak przeliczyć proporcje na nasze "polskie" daktyle, ale w końcu dałam się skusić na ogromne daktyle Medjool, dostępne na stoisku w Galerii Krakowskiej (ale i na Starym Kleparzu :D). Nie należą do najtańszych, ale wyglądem przypominały wreszcie te z oryginalnego przepisu. Jeśli chodzi o smak, okazały się podobne do innych daktyli, więc wkrótce pewnie przeprowadzimy próbę z daktylami z paczki albo z daktylami organicznymi z Tesco (hahahaa - przez cały rok nie zebrałyśmy się do tych prób, bo i to, i tamto trzeba było wypróbować; kolejny przykład, jak w naszym wykonaniu kończy się składanie obietnic ;) za to specjalnie dla Was zważyłyśmy daktyle organiczne z Tesco: jeden waży 8-10 g; dla porównania, jeden Medjool to 27 g, a zwykły mały daktyl - 5 g).
A teraz do rzeczy: składniki sobie czekały, czekały… ja się zabierałam do roboty, ale opornie - aż przyjechała Anka :) Starym sposobem, próbowałam na nią wyoutsourcować przygotowanie ciasta (ty zrobisz, my zjemy), ale skończyło się tak, że zrobiła część, a ja resztę (powiedzmy, że pół na pół :) ).


A pracę warto sobie podzielić, bo ciasto, chociaż niewielkie, ma warstw co niemiara; na dokładkę jeszcze, układa się je do góry nogami, więc to, co jest spodem, kładzie się na końcu... ale po kolei.


Ciasto z kremem z nerkowców z polewą czekoladową (bezglutenowe, bez pieczenia)

Wcześniej: można tylko namoczyć orzechy nerkowca (1/2 szkl.)
Zaczynamy od tego co, będzie na górze:

Warstwa 1

  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 4 duże daktyle (bez pestek) - 110 g
  • 2 łyżeczki syropu klonowego albo stewia do smaku
  • szczypta soli
  • 1 łyżka oleju (w oryginale kokosowy, ale może spokojnie być rzepakowy lub słonecznikowy)
  • 1/8 łyżeczki cynamonu
Wszystkie składniki mielimy blenderem na jednolitą masę.
Foremkę na ciasto (oryginalne wymiary: średnica 10 cm, głębokość 7,5 cm – dobrze sprawdzają się metalowe miseczki do przechowywania żywności) wysmarować olejem. Można wcześniej wyłożyć miskę folią (wystarczy też zwykły plastikowy woreczek), bo znacznie ułatwi to późniejsze manipulowanie ciastem.
Wylepiamy foremkę masą. Po odwróceniu (ale na to jeszcze nie czas!) znajdzie się ona na górze.
Można teraz włożyć na trochę do zamrażalnika (tak zrobiła Anka), albo przejść do kolejnych warstw.

Warstwa 2

  • 1/2 szkl. orzechów nerkowca (wcześniej namoczyć)
  • 2 1/2 łyżki ciepłej wody
  • 2 łyżeczki oleju o neutralnym zapachu (w oryginale kokosowy)
  • 2 daktyle (bez pestek) - 55 g
  • parę kropel olejku waniliowego
Nerkowce, jeśli były wcześniej namoczone, odsączamy. Miksujemy z pozostałymi składnikami. Ma powstać gładka masa.
Masą wykładamy do miseczki.

Teraz czas na spód (czyli chwilowo wierzch :)).

  • 1/3 szkl. orzechów włoskich
  • 1 daktyl (bez pestki) - 27 g
  • 1 łyżeczka siemienia lnianego ( w oryginale raw hemp seeds) – my w ogóle o tym zapomniałyśmy :D
Też miksujemy wszystkie składniki, ale masa nie musi być idealnie gładka.
Masę układamy na poprzedniej, kremowej warstwie.
Jeśli wcześniej nie schłodziliśmy ciasta, warto je teraz wstawić do lodówki.
Nasze było dosyć zimne, chociaż w zamrażarce siedziała tylko pierwsza warstwa.
Kiedy ciasto porządnie się schłodzi i zastygnie, przy pomocy talerzyka trzeba je odwrócić do góry nogami. 

Następnie czas na przygotowanie polewy czekoladowej. Przepisy mówią tu najczęściej o kąpieli wodnej, czyli tańcu z rondelkiem na gazie – ja za tym nie przepadam, bo zawsze się boję, że wyleję na siebie zawartość obu naczyń. Przepis oryginalny mówił o mikrofali, a my zastosowałyśmy patent opracowany przez Ankę, czyli miseczka z gorąca wodą (z czajnika), do środka druga miseczka, a w niej składniki:

  • 1/2 tabliczki czekolady (u nas – Krakowska gorzka) - 50 g
  • 1 1/2 łyżki oleju
Czekoladę należy połamać w kostki, a potem co jakiś czas przemieszać, żeby kawałeczki równomiernie załapały ciepło od ścianek miseczki. Czekolada się idealnie roztapia, a my kulinarne akrobacje mamy z głowy. Pozostaje już tylko oblać schłodzone ciasto czekoladą i zostawić, aby zastygło (w lodówce; w oryginale była zamrażarka – to jeśli się komuś śpieszy, u nas lodówka sprawdziła się znakomicie).
Ciasto prezentuje się bardzo okazale, a nie trzeba nawet nic piec!



Dziękujemy wszystkim, którzy do nas zaglądają :) Mamy nadzieję, że zajrzycie jeszcze nie raz!

Miłego gotowania!

Anka i Magda

środa, 29 stycznia 2014

Mrożony imbir dla zmrożonych

Kiedy jest tak zimno, że nakładanie kolejnych swetrów, kamizelek, skarpet tudzież przykrywanie się pledem nie daje żadnego efektu, a nie mamy akurat możliwości lub chęci, żeby wykonać serię rozgrzewających ćwiczeń (bo na przykład siedzimy w pracy), z pomocą może przyjść imbir.

 

Z imbirem poznałam się we Włoszech, gdy moja współlokatorka gotowała różne tisane (napary owocowe lub ziołowe), a jedną z nich był właśnie imbir, pokrojony w drobną kosteczkę i gotowany z wodą z dodatkiem z soku z cytryny. Zakochałam się w imbirowym napoju, szczególnie, że doskonale rozgrzewał, a zima w naszym rzymskim mieszkaniu dawała się we znaki. Później długo uważałam, że aby imbir oddał w pełni swoją moc, trzeba go długo gotować. Tymczasem okazało się, że wystarczy imbir... zetrzeć.


Jest wtedy tak soczysty, że wystarczy zalać go wrzącą wodą. I już :) W przepisie poniżej proponuję przygotowanie większej  porcji startego imbiru i zamrożenie go. Ma to jeszcze tę zaletę, że nie musimy po trochu kroić imbiru, który robi się wtedy włóknisty. A więc - do dzieła!


Mrożony imbir
  1. Imbir obieramy i kroimy na niewielkie kawałki. Im mniejsze kawałki, tym łatwiej będzie je zmiksować.
  2. Wkładamy porcjami do blendera i rozdrabniamy (ostrze do cięcia). Jeśli brak blendera lub innej zmyślnej maszyny, można oczywiście użyć zwykłej tarki, tylko trzeba więcej czasu (i cierpliwości).
  3. Spory kawałek folii aluminiowej rozkładamy na płaskiej podkładce (dobre są plastikowe serwetki na stół, albo większe pokrywki od pudełek do przechowywania). Na nim równą warstwą rozsmarowujemy starty imbir. Im cieńsza warstwa, tym łatwiej będzie potem połamać zamrożony imbir na kawałki.
  4. Wkładamy tacę z imbirem na parę (4-5) godzin do zamrażalnika. Kiedy imbir całkowicie zamarznie, wyjmujemy go i łamiemy taflę na małe kawałki, które następnie wkładamy do słoików, a te z powrotem do zamrażalnika. Jeden kawałek powinien odpowiadać 2 łyżeczkom startego imbiru – to porcja potrzebna do przygotowania jednej szklanki napoju.

Od razu robi się cieplej :)
 
Magda

czwartek, 12 grudnia 2013

Najlepsza na świecie czekolada z pianką

Są takie zimowe dni, kiedy człowiek wraca do domu wieczorem, z pracy, ze szkoły albo z zakupów, zziębnięty, zmęczony i ogólnie oklapnięty. W takim momencie, ratunkiem jest kubek gorącej czekolady. Muszę przyznać, że gorąca czekolada to w moim przypadku coś w rodzaju świętego Graala ;-) 


Już od dłuższego czasu nurtowało mnie, jak uzyskać w domu czekoladę - nie kakao, ale gęsty, aromatyczny płyn.


W dzieciństwie fascynowało mnie, gdy w książkach wspominano o czekoladzie do picia. Wyobrażałam sobie, że to coś lepszego od znanego mi kakao, ale nie miałam pojęcia, jak można by czekoladę przyrządzić - używając tylko zwykłego mleka i kakao. Z kolei w "Doktorze Dolittle" była mowa o "kakao z pianką". Zachodziłam w głowę, jak też uzyskiwano ową piankę, i czym dokładnie ona była - ubitym mlekiem? bitą śmietaną? a może jeszcze czymś innym? Wprawdzie Paddington pił po prostu kakao, ale za to miał do niego zawsze słodkie bułeczki i jeszcze było to opisane w taki sposób, że nawet zwykłe kakao wydawało się smaczniejsze. Ot, magia literatury :)


Moje eksperymenty z czekoladą obejmowały wiele wariantów: rozpuszczanie czekolady w mleku/ śmietance/ mleku skondensowanym (zawsze powstawał szarawy płyn z grudkami czekolady), dodawanie płatków czekolady do kakao (konsystencja nadal była za rzadka), dodawanie do kakao mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej (gęstość OK, ale smak nie ten...). Częściowym rozwiązaniem było nabycie w Hiszpanii sypkiego kakao z dodatkiem skrobi - bez problemu gęstniało, ciągle jednak nie było dosyć czekoladowe.
 
Dzisiaj gorącą czekoladę można już wypić w wielu miejscach i nie muszę opisywać, jak ona wygląda i smakuje. Ale jeśli ktoś nie chce inwestować w domowe urządzenie do mieszania i podgrzewania czekolady, proponuję wypróbować poniższy przepis.


Pomysł przyszedł mi do głowy przy przygotowywaniu gruszek z sosie czekoladowym. Znalazłam dwa przepisy, w których proponowano rozpuszczenie czekolady w WODZIE. Wydawało mi się to dziwne, ale postanowiłam zaryzykować. I słusznie - czekolada idealnie połączyła się z wodą, tworząc gładki sos. Wtedy pomyślałam: a gdyby tak do kakao na mleku dodać trochę takiego sosu? No i oczywiście nie mogłam nie spróbować :) Efekt przeszedł moje oczekiwania, czekoladowy Graal został zlokalizowany, a ja (przynajmniej na chwilę) mogę usiąść spokojnie i dać sobie spokój z poszukiwaniami ;-)


Najlepsza na świecie czekolada z pianką
Składniki (na 2 osoby):

Frakcja 1 - kakao
  • 1 1/4 szkl.  mleka sojowego (lub migdałowego)
  • + dodatkowo ok. 1/2 szklanki do ubicia (na piankę)
  • 3 łyżeczki niesłodzonego kakao
  • ew. 1/4 łyżeczki przyprawy do piernika
  • łyżeczka posiekanych migdałów

Frakcja 2 - sos czekoladowy:
  • 1 szkl. wody
  • laska cynamonu (dla zapachu, można pominąć, lub zastąpić np. saszetką ulubionej pachnącej herbaty)
  • 50 g (pół tabliczki) gorzkiej czekolady (ja używam Krakowskiej Gorzkiej Wawelu) 

  • ew. cukier do smaku (ja nie dodawałam)


Przygotowanie:
  1. Zaczynamy od frakcji 1. W kubeczku lub miseczce dokładnie mieszamy kakao z 1/4 szkl. mleka, aż znikną grudki. 
  2. Pozostałe mleko grzejemy w rondelku, a gdy będzie już prawie się gotować, dodajemy mieszaninę z kakao. Mieszamy chwilkę, aż się połączy. Wyłączamy gaz pod rondelkiem.
  3. Przystępujemy do przygotowania frakcji 2. Potrzebujemy rondelka z gorącą wodą (1 szklanka). Są dwie możliwości: jeśli chcemy dodać herbatę dla zapachu, najpierw zagotowujemy wodę w czajniku, zalewamy w torebkę z herbatą (w rondelku), a kiedy herbata się zaparzy, stawiamy rondelek na gazie. W przypadku cynamonu, w rondelku podgrzewamy zimną wodę z laską cynamonu. Kiedy woda zacznie się gotować, a cynamon odda swoje dobroczynne treści, wyjmujemy korę z rondelka.
  4.  Kiedy woda - herbaciana lub cynamonowa - zagotuje się, wrzucamy do niej połamaną w kostkę czekoladę, mieszamy. Po chwili wszystko pięknie się połączy. 
  5. Teraz przychodzi czas na drugi rondelek, ten z mlecznym kakao. Przelewamy jego zawartość do czekoladowego sosu, znowu mieszamy. I gotowe - można rozlewać do kubeczków. 
  6. Można jeszcze ozdobić czekoladę kleksem mleka kokosowego albo pianką z ubitego mleka. Łatwiej ubija się mleko podgrzane niż zimne. Jeśli nie mamy specjalnego sprzętu do spieniania mleka, wystarczy mały, ale wyższy słoik, koniecznie dobrze zakręcony. Trzeba nim parę razy energicznie potrząsnąć, a powstanie lekka pianka. Wyjmujemy ją łyżeczką i układamy na wierzchu czekolady.

Smacznego!
Magda

sobota, 2 listopada 2013

DYNIOWY POST POST-HALLOWENOWY

Lubicie dynię? Albo „dyńkę”, jak mówią niektórzy? :)
My lubimy, jak się okazało, chociaż pierwsze eksperymenty z dynią robiłyśmy dopiero w zeszłym roku. Nie wiedzieć czemu, dynię można u nas kupić właściwie tylko w październiku i listopadzie, jakby nadawała się jedynie do wycinania lampionów na Halloween.
Poniżej podajemy kilka pomysłów, co zrobić z dynią, oprócz wspomnianych lampionów oraz zupy.

UWAGA: Do wszystkich przepisów będzie potrzebny mus z dyni. Jak go uzyskać?

Najłatwiej upiec dynię w piekarniku. Trochę to trwa, więc dobrze upiec jej od razu więcej – a potem można zamrozić. Z naszych dotychczasowych doświadczeń wynika, że dobrze nadają się dynia „muscat” i „Hokkaido” (czasami na straganach są opisane odmiany); szczególnie ta druga ma delikatny, lekko słodki smak, a obie charakteryzują się lekką konsystencją (nie mączystą).

Jak upiec dynię w piekarniku?
Dynię przekroić na pół, nożem lub łyżką wybrać nasiona. Blachę do pieczenia wyłożyć papierem lub folią aluminiową. Ułożyć dynię miąższem do góry i wstawić do mocno nagrzanego (200 stopni Celsjusza) piekarnika na 30-40 min. Czas zależy od wielkości dyni i mocy piekarnika. Dynia jest gotowa, gdy miąższ jest na tyle miękki, że można go bez problemu wyjąć łyżką. W trakcie pieczenia w zagłębieniach po nasionach może się zbierać woda – trzeba ją wylać.
Upieczony miąższ wybieramy łyżką z dyniowych „skorupek” i zostawiamy do ostudzenia. Potem miksujemy blenderem i dzielimy na porcje – takie, żeby było nam wygodnie rozmrażać, np. ok. szklanki, i wkładamy do pojemników do zamrażania lub po prostu do zwykłych foliowych worków.


Szczegółowy opis i zdjęcia znajdziecie tu.

Gotowy mus można wykorzystać do wielu potraw - poniżej kilka sugestii:


PRZEPIS I – Dyniowy kubek 

 


Proste, szybkie w przygotowaniu, a do tego super rozgrzewające mleko z dynią.
Idealne na słotny jesienny wieczór, ale może być także bazą do dyniowego latte na leniwy weekendowy poranek.

Składniki (na 1 osobę)
  • 1 szklanka mleka sojowego/ migdałowego
  • 1/4 szklanki musu z dyni
  • 1/4 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
  • ewentualnie 1-2 utłuczone goździki 
  • 1 łyżeczka syropu klonowego (można wymienić na stewię albo cukier)
  • parę kropel aromatu waniliowego/ śmietankowego


Zmiksować wszystkie składniki oprócz syropu/ stewii. Jeśli używamy cukru, trzeba go dodać teraz, żeby się rozpuścił przy podgrzewaniu. Można też do mieszania użyć po prostu widelca, ale dzięki użyciu blendera powstanie lekka pianka. Zmiksowany płyn podgrzewamy w rondelku, aż będzie dobrze ciepły. Zdejmujemy z ognia i jeszcze raz miksujemy.
Mniam! Można jeszcze dodać jeszcze kleks mleka kokosowego na wierzch, i posypać odrobiną cynamonu, albo zrobić dyniowe caffè latte, dolewając miarkę lub dwie espresso.

PRZEPIS II – PIECZONA OWSIANKA Z DYNIĄ

Owsianka? Pieczona? Otóż tak, i do tego zapewniam, że nawet ci, którym owsianka kojarzy się ze smętną zupą mleczną, będą się zajadać tak przygotowanymi płatkami owsianymi.
Przepis pochodzi z tej strony.


Składniki (dla 2 osób):
  • 1 szklanka płatków owsianych
  • 2/3 szklanki mleka sojowego
  • 1/2 szklanki musu z dyni
  • 1/2 łyżeczki aromatu waniliowego
  • 2 łyżki syropu klonowego
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • 1/4 łyżeczki zmielonej gałki muszkatołowej
  • parę goździków, ziarenko ziela anielskiego – rozgniecione w moździerzu (zamiast wymienionych przypraw można użyć gotowej przyprawy do piernika)
  • dodatkowo: garść rodzynek/ kilka posiekanych daktyli


Wymieszać wszystkie suche składniki w jednej misce. W drugiej misce wymieszać mleko, puree z dyni, syrop klonowy i aromat. Suche składniki dodać do mokrych, wymieszać. Dodać rodzynki/ daktyle (można też użyć posiekanych orzechów, migdałów, albo kto co lubi). Nagrzać piekarnik do 170 stopni Celsjusza. Nieduże naczynie żaroodporne (np. 15 x 15 cm) wysmarować niewielką ilością oleju. Przełożyć masę płatkową do naczynia. Piec 20-25 min. Owsianka będzie przypieczona i chrupiąca z wierzchu, a miękka w środku.

 

PRZEPIS III: Koperty z dyniowym nadzieniem (takie kopertki raczej)

Pomysł pochodzi stąd


Ciasto:
  • 1/4 szklanki stopionej margaryny, albo oleju
  • 1/4 szklanki margaryny pokrojonej w kostkę (wiem, że to idiotyczna miara, ale ja pokroiłam w dość drobną kostkę i wtedy łatwiej zmierzyć)
  • 1 szklanka mąki pełnoziarnistej
  • 2/3 szklanki białej mąki (pszennej)
  • 1/4 łyżeczki cynamonu + szczypta gałki muszkatołowej
  • 1/4 łyżeczki soli
  • mąka do wałkowania ciasta
  • zimna woda - tyle, żeby dało się zagnieść ciasto (zacząć od 2-3 łyżek)

Nadzienie:
  • 1/2 szklanki puree z dyni (upieczona/ ugotowana i zmiksowana dynia)
  • 1/4 szklanki oleju
  • 1/4 szklanki brązowego cukru
  • 1 łyżka syropu klonowego (pominęłam)
  • 1/4 łyżeczki przyprawy do piernika, albo tylko cynamonu
  • 1 łyżeczka soku z cytryny

Polewa:
  • 1/3 szklanki mleka kokosowego
  • parę łyżek cukru pudru – do smaku :)
  • ewentualnie: łyżeczka oleju kokosowego (pominęłam)
  • cukier waniliowy, albo wanilia

UWAGA: przepis jest na około 10 ciasteczek, zależy, jak duże – można spokojnie przemnożyć proporcje przez dwa.

Przygotowanie:

Wszystkie składniki na ciasto umieścić w misce, zagnieść; będzie się trochę sypało, wtedy dodać zimnej wody (ja chyba dodałam w końcu z 4- 5 łyżek, ale trzeba po trochu próbować – tylko tyle, żeby się zagniotło). Do lodówki na pół godziny.

W tym czasie można przygotować nadzienie. Podgrzać wszystko w garnuszku, aż się cukier rozpuści. Ostudzić lekko, zanim się zacznie nakładać na ciasto.

Schłodzone ciasto rozwałkować jak najcieniej, wycinać kwadraciki albo prostokąty. Nie wiem, ile dokładnie cm, ale na placuszku mieści się 1-2 łyżeczki nadzienia, nie więcej. Przykryć drugim placuszkiem. Przycisnąć brzegi widelcem.

Piekarnik ma mieć na początku temperaturę 200 stopni, a po 5 minutach każą zmniejszyć do 175 stopni i piec jeszcze 12 minut (ja piekłam dłużej, ale trzeba patrzeć, żeby się nie spaliły).

Co do polewy: moje mleko było raczej w stanie stałym, więc je roztarłam z cukrem pudrem i cukrem waniliowym w miseczce, i zrobił się taki gęsty lukier, którym polewałam ciasteczka. Ale nie trzymał się karnie powierzchni :D.

Całość jest przyjemnie jesienno-szarlotkowa.


Jak widać, dynia nadaje się nie tylko do przygotowania lampionów :) Można się nią cieszyć przez całą jesień.

Smacznego!

Magda